Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

 

   Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb czytelników. Mogą też stosować je współpracujące z nami firmy. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies.

 

   Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej  Polityce prywatności.

 

Nie żyjemy na samotnej wyspie ani na odległej planecie. Podlegamy procesom światowym znacznie bardziej niż chcemy i zdajemy sobie sprawę. Na kilka dni przed wyborami parlamentarnymi, które mogą zmienić kierunki działań Państwa Polskiego, mam nadzieję że na lepsze, warto zastanowić się chwilę, gdzie tak naprawdę żyjemy i jak powinniśmy postrzegać własną sytuację. Realnie, bez zadęcia, ale i bez niepotrzebnego strachu.

Wstęp

    Wiele pojawia się ostatnio, głównie w ramach trwającej kampanii wyborczej, wypowiedzi, nawet całych elaboratów, co powinniśmy zrobić dla naszego bezpieczeństwa. To bardzo dobrze, że wreszcie, po wielu latach stagnacji opartej na propagandowej tezie o „wiecznym pokoju w Europie” wracamy do dyskusji o bezpieczeństwie – tym podstawowym, jakie daje lub powinno dawać nam sprawne i skutecznie działające państwo. Kłopot w tym, że w większości tych krótszych i dłuższych wypowiedzi mieszane są ze sobą, przypuszczam że częściowo z niewiedzy, a częściowo z inspiracji, rzeczy ważne, kluczowe, takie jak koncepcja (strategia) zachowania naszego bezpieczeństwa, i sprawy techniczne, drobne, którym nadaje się wielokrotnie ważniejszy od rzeczywistego wymiar i znaczenie. Bezsprzecznie cenne dyskusje o tym kiedy wreszcie kupimy sobie trochę rakiet, oraz czy podwozie do haubicy jest w stanie samodzielnie wyjechać z fabryki, zastępują nam nieraz rzeczową analizę czego, i do czego, tak naprawdę potrzebujemy.

Odrobina elementarnej historii

    Przez prawie 50 lat po II WŚ, światowy układ bezpieczeństwa, a w zasadzie wzajemnej nieufności, opierał się na dwubiegunowym systemie wschód-zachód, albo inaczej komunizm-demokracja, którego opisywać nie trzeba, albowiem w terabajty danych na ten temat zajrzeć może sobie każdy i doczytać co trzeba. Ale już okres upadku komunizmu/bloku ZSRR, czyli umownie okres 1980-1990, nie jest tak jednoznacznie jasny, co chwila bowiem wychodzą na jaw nowe fakty czy opinie, mówiące o świadomym kontrolowaniu tego procesu przez uczestniczące w nim strony. Tak czy inaczej, w sposób bardziej kontrolowany czy mniej, doszło do dekompozycji układu sił, czyli otwarły się nowe możliwości dla wielu regionalnych graczy, zdominowanych do lat 90-tych układem dwubiegunowym. W dużej mierze własnym wysiłkiem, dzięki takiemu przesileniu, bardzo zyskaliśmy. Uwolniliśmy się spod krwawego parasola, chowając się pod drugi, jak się okazało tęczowo przyjemny, jednak na dłuższą metę o nieco wątpliwej wartości.

    Dopóki wychylanie się poza dwa przeciwstawne powojenne obozy, lub jeszcze gorzej - prowadzenie samodzielnej polityki mocarstwowej, było zdecydowanie nieopłacalne, świat rozdarty żelazną kurtyną funkcjonował stabilnie. Wywoływanie lokalnych wojenek wbrew woli dwóch wiodących liderów mogło spowodować takie restrykcje, wbrew pozorom solidarne od obu, że nie warto się było wychylać. Ale ZSRR formalnie przestało istnieć, a USA zaczęło wycofywać się rakiem ze światowego przywództwa, pozostając przy idei „każdy dba o swoje”. Ciche przyzwolenie, wyrażające się zwykle brakiem skutecznej interwencji w reakcji na jawne prowokacje, ośmieliło politykę regionalnych mocarstw do budowania własnych bloków. Budowania skutecznego, realizowanego wszystkimi dostępnymi metodami.

Miał powstać nowy lepszy świat. Wyszło jak zwykle.

Polityczne przebiegunowanie

    Upadek ładu, nawet jeśli był to ład oparty na wyścigu zbrojeń dwóch obozów, spowodował lawinowy wzrost ambicji mniejszych graczy. Niemal jawnie w chwili rozpadu ZSRR rozpoczął się wyścig o nową hegemonię. Okres ten trwał około 20 lat, w przybliżeniu 1990-2010, pozwalając rozwinąć się na skalę ponadregionalną takim graczom jak Chiny, Indie, niemiecko-francuska UE czy blok południowoamerykański z Brazylią na czele. Dawne więzy osłabły, ogromne pieniądze zaczęły płynąć w różnych kierunkach, nowe bloki oparte na lokalnym hegemonie zaczęły niemal jawnie rozszerzać swoje sfery wpływów.

    Na początku lat 90-tych niestabilność polityczna na terenach dawnego ZSRR, będąca częściowo prawdą, a częściowo neo-bolszewicką, KGB-owską propagandą, skłoniła dawny blok zachodni z pod przewodnictwem USA do zaakceptowania budowy nowej Rosji w celu zapewnienia tam ładu i porządku. Manewr Rosjan przypominał działania Niemców po I Wojnie światowej – pod płaszczykiem utrzymania ładu rozpoczęto po cichu odbudowę imperium ze wszystkimi jego atrybutami, od centralizacji politycznej do silnej armii. Robiono to zachowując pozory demokracji i wolności gospodarczych, skrycie i skutecznie, aż do momentu w którym uzyskano taki potencjał ekonomiczny i militarny, który pozwolił na jawny powrót do mocarstwowej polityki. Nowa Rosja, pod symboliczną wodzą Putina, najpierw rozprawiła się zbrojnie z oporem wewnętrznym, a następnie rozpoczęła ekspansję imperialną poza swoje formalne granice. Bardzo sprzyjał tej sytuacji spór USA-Chiny, zaskakująco skuteczny rozwój ruchów arabsko – muzułmańskich i wiele wybuchających ze skutecznych inspiracji stron trzecich konfliktów lokalnych.

    W efekcie, największym przegranym procesów z lat 1990-2010, wbrew pozorom, nie była wcale Rosja, której zbyt drastycznego i groźnego dla sąsiadów upadku wszyscy się bali. Najbardziej straciły USA, których pozycję systematycznie osłabiano całą paletą działań, od rezygnacji ze współpracy ze „światowym żandarmem” do dystansu w prowadzeniu „wojny z terroryzmem”. Jeśli komuś się wydaje, że wyścig zbrojeń 1945-1990 nie odbił się na kondycji Stanów Zjednoczonych, ten jest naiwny. Oni po prostu wytrzymali dłużej, ale też byli mocno wycieńczeni. Spowodowało to, głównie pod naciskiem sił wewnętrznych, strategiczne „cofanie się” po roku 90-tym do obrony własnych, wyłącznie kluczowych interesów. Co więcej, utrzymanie pod swoją kontrolą „amerykańskiej stacji benzynowej” na Bliskim Wschodzie kosztowało znacznie więcej niż planowano, i finansowo, i prestiżowo. Od kampanii w Afganistanie w świat poszedł przekaz – można przechytrzyć USA. Jak na razie, pomimo rozpoczęcia realnej odbudowy amerykańskich sił, polityka USA tych strat nie odrobiła.

ch2

Najbliższa perspektywa

    Tworzy się, a w zasadzie ugruntowuje się, nowy układ sił na świecie, w którym nie ma już systemu dwubiegunowego, tylko wielobiegunowy. W czasie gdy Ameryka się cofnęła, a Rosja dopiero mozolnie odbudowuje swoją dawną pozycję, ambicje każdego nowego bloku wykraczają daleko poza jego obecne granice. Potrzeby ekspansji gospodarczej napędzają rozbudowę siły militarnej i na odwrót. Dotychczas nienaruszalne granice państw stają się coraz bardziej umowne, a dominacja kulturowo-religijna staje się ponownie narzędziem ekspansji. Ilość punktów zapalnych na świecie rośnie lawinowo. Państwa starej Europy przeżywają kryzys demograficzny łatany emigrantami, co tylko przyspiesza wewnętrzną erozję. Nowi światowi gracze usiłują prowadzić globalną politykę. A niemalże w środku tego cyklonu jesteśmy my, Polacy.

    Co będzie? A nie widać? Czeka nas decydująca próba sił na skalę światową, weryfikacja zgromadzonych potencjałów i ustalenie nowych stref wpływów. Niemalże wszędzie, jak świat długi i szeroki. Czy ktokolwiek jeszcze uważa, że ostatnie konflikty zbrojne na Ukrainie czy w Syrii to tylko lokalne wojenki ? Rzecz w tym co będzie z nami, z Polską. Jaką geopolityczną strategię przyjmiemy, aby nie tylko przetrwać nadchodzącą burzę, ale wyjść z niej wzmocnieni i bezpieczni. Czy to możliwe?

    Odpowiem wskazując prostą analogię – w 1920 roku, nota bene kończącym, również dzięki udziałowi Polaków, proces stabilizacji powstającego wtedy nowego światowego ładu, poradziliśmy sobie. Z niewątpliwym sukcesem. Wielkim wysiłkiem, niemal cudem, ale osiągniętym, bo posiadaliśmy chęć i wolę walki, oraz zdeterminowane, a nawet wizjonerskie przywództwo. Dzisiejszy świat, wbrew pozorom, nie różni się wiele od tego 100 lat temu. Może są lepsze narzędzia i bronie, inne środki przemieszczania i komunikacji, ale kierunki światowej ekspansji te same. Kto twierdzi inaczej, po prostu nas oszukuje.

    Na naszych oczach odbywa się proces światowego przesilenia, który ma doprowadzić do ustalenia nowego porządku i stabilizacji stref wpływów. Na następne minimum kilkadziesiąt lat. Nasi najbliżsi sąsiedzi, na wschodzie i na zachodzie, grają w tym procesie kluczowe role, każdy własną. Realnie oceniając sytuację, nie wolno nam wykluczyć powtórzenia się wariantu z sierpnia 39, kiedy dla doraźnych korzyści podzielili nas, razem z resztą Europy Środkowej, między siebie. Nasze bezpieczeństwo już nie zależy od układu sił NATO – Rosja. Przy tak rozbieżnych interesach poszczególnych członków, NATO może się rozpaść od pierwszego ciosu, zewnętrznego lub wewnętrznego. A wtedy hulaj dusza, piekła nie ma.

    To głównie wnioski z historycznych doświadczeń, oraz uważna obserwacja odbywających się na naszych oczach procesów, powinny definiować kierunki naszej polityki.

Diabelska alternatywa

    Jak wyglądało życie Polaków pod zaborami możemy sobie poczytać w wielu źródłach, i nie chodzi tylko o represje wobec patriotów, ale o zasadę traktowania wszystkich jak obywateli drugiej (piątej?) kategorii. Wynarodowić i zagonić do łopaty. Zamienić w zanikającą grupę etniczną chłopów i słabo wykształconych robotników, bez elit i zbyt rozwiniętej kultury. Liderów przekupić lub skutecznie eliminować, niepokornych mocno karać dla przykładu. Emigracja zarobkowa, szczególnie buntowniczego elementu, wskazana i popierana. Brzmi znajomo?

    No to zastanówmy się nad obecnymi priorytetami UE względem Polski. Infrastruktura tak, by jeździły po niej niemieckie samochody napędzane rosyjską ropą. Montownie tak, bo tubylcy muszą z czegoś żyć, a produkt wymyślony w laboratoriach ponadnarodowych niemiecko-francuskich koncernów ktoś musi tanio wyprodukować. Rozbuchana administracja i liczna Policja tak, bo porządek ma być, a lokalna „elyta” zależna od ośrodków zagranicznych musi dobrze zarabiać, najlepiej z lokalnych podatków. Węgiel nie, bo jest niedobry i brzydki, ale niemieckie wiatraki i turbiny na rosyjski gaz tak, bo tak (są ładne, dobre i na tym zarabiamy). Handel? Najlepiej wielko powierzchniowy i koniecznie międzynarodowy. Sami to możecie czosnek przy drogach sprzedawać. Media? No niemieckie, czyli europejskie a nawet międzynarodowe, nasza niemiecka rozrywka i informacja na najwyższym poziomie. Filmy, wytwory literatury czy sztuki? No głównie o tym jak zabijaliście Żydów, żebyście zawsze pamiętali jaki to wstyd. A służba zdrowia, pomoc społeczna, edukacja? Nie, po co, no może jakieś tanie namiastki, jak wam tubylcom coś drobnych zostanie. Jeszcze potrzebujecie duże stadiony, dla rozrywki. Suchy chleb i igrzyska. Oto realny obraz rzeczywistości „Polska 2015”.

    I jeszcze bezpieczeństwo. No przecież jesteście w Unii, w NATO, to po co wam armia, służby specjalne? My to załatwimy za was, dla wspólnego dobra zapewnimy wam najlepszą ochronę. Z waszym udziałem oczywiście, bo kupicie u nas nasz najlepszy (dla was) sprzęt za cenę dwa razy wyższą niż zwykle, bo przecież chcecie mieć najlepsze, a za to trzeba płacić.

    Jeśli komuś się wydaje, że w interesie Niemiec lub Rosji jest rozwój, realny i długofalowy, państw środkowoeuropejskich, w tym Polski, ten, przepraszam za szczerość, jest naiwny lub niedokształcony.

Dokąd nas prowadzisz Panie?

    Nieprawdą jest, że istnieją tylko dwa możliwe nurty polskiej polityki – proniemiecki i prorosyjski. Tak chcieli by właśnie Ci, którzy w tych nurtach widzą korzyści dla siebie kosztem pozostałych. Każde suwerenne (jeszcze) państwo, nawet będące w Unii, może prowadzić politykę samodzielną, zgodną z własnymi interesami. Jeśli komuś to się nie podoba, to jego problem. W naszej sytuacji, jak to ktoś raczej niesłusznie ale obrazowo nazwał „zalotami brzydkiej panny bez posagu”, szczególnie ważne jest, aby „panna się ceniła”. Inaczej każdy ją wykorzysta i zostawi. Jak już nieraz bywało.

    Jeśli nie chcemy być niemiecko-rosyjskim kondominium, formalnie lub nieformalnie rozdzielonym pomiędzy zaborców, zarządzanym za pomocą lokalnych zdrajców czekających na instrukcje nawet nie ze stolic, tylko z ambasad, Państwo Polskie musi prowadzić spójną, konsekwentną, długofalową, samodzielną politykę. Główny kierunek takiej polityki może być obecnie tylko jeden – Polska jako lider grupy krajów Europy Środkowej, połączonych docelowo sojuszem polityczno – militarno – gospodarczym, niezależnym od innych struktur europejskich lub światowych. To jest to, czego niestety nie udało się osiągnąć II RP – pomimo wielu starań. Ale dziś jest to o wiele bardziej realne, wręcz niekiedy oczekiwane. Głównie dlatego, że świadomość wspólnych zagrożeń w grupie naszych potencjalnych sojuszników, także w sferze kulturowo-gospodarczej, jest dziś wielokrotnie większa.

    Własne bezpieczeństwo musimy mieć oparte na własnym potencjale odstraszania, własnej sile gospodarczej i militarnej, ukierunkowanej głównie na skuteczną obronę własnych interesów i własnego terytorium. Ale nasz indywidualny potencjał, jak uczy historia, może nie być w stanie oprzeć się jednoczesnym naciskom ze wschodu i zachodu. Dzisiejsze sojusze wbrew pozorom nie gwarantują nam bezpieczeństwa. Już nie. Pytanie - co dalej?

    W czasach prosperity I RP prowadziliśmy politykę „jagiellońską”. Może nie zawsze do końca konsekwentną, ale do pewnego momentu wystarczająco skuteczną, w praktyce dużo dłużej niż rządzili Jagiellonowie. To właśnie w ramach tak prowadzonej polityki zatrzymaliśmy potop turecki na przedpolach Wiednia. W czasach II RP podobną koncepcje określana jako budowę „Międzymorza” – z Polską jako liderem grupy. Zabrakło czasu, burza nadeszła za szybko. Dziś, po ponad 25 latach „wolnej Polski”, jesteśmy dużo bardziej bezbronni niż we wrześniu 1939, a swoje bezpieczeństwo opieramy w praktyce na sojuszu z Niemcami. Ale jest też inna droga.

 Odbudujmy Międzymorze

    Można to osiągnąć dostępnymi środkami. Jedynym praktycznym ograniczeniem jest mądra dalekowzroczność naszych przywódców. Bloki militarno-polityczne nie powstają z dnia na dzień, ale jeśli występuje, a obecnie występuje, realne zagrożenie, taki proces może być znacznie szybszy niż przypuszczamy.

    Możemy praktyczne od dziś rozpocząć taki proces. Możemy skutecznie, na bazie tego czym obecnie dysponujemy, stworzyć kontyngent wsparcia dla naszych lokalnych sojuszników – mamy takie możliwości i potencjał. Środkowoeuropejski Korpus Ekspedycyjny, gotów bezwzględnie interweniować w przypadku zagrożenia któregokolwiek z sojuszników – to właśnie to czego NATO nie gwarantuje. Dalej - rozszerzanie współpracy, przykładowo wspólna, tzn. chroniąca solidarnie wszystkich, struktura obrony powietrznej i przeciwrakietowej. Kolejna możliwość - Środkowoeuropejskie Centrum Antyterrorystyczne z uprawnieniami kontrwywiadowczymi. Mamy wiele konkretnych możliwości kolejnych wspólnych przedsięwzięć. Nie możliwe? Dla Berlina i Moskwy na pewno, bo to jeden z ich najstraszliwszych koszmarów. Dla nas jedyna rozsądna alternatywa. Realna alternatywa.

    Niech nikt z powyższych wywodów nie wyciąga pochopnego wniosku, że należy opuścić Unię czy NATO. Każdy element zwiększający nasze bezpieczeństwo jest cenny i potrzebny, nawet jeśli realnie nie jest wiele wart. Czy powinniśmy zabiegać o sojusz z USA? Oczywiście, to kolejny ważny, możliwy do pozyskania gwarant naszej samodzielności. Ale te wszystkie składowe są tylko wsparciem a nie substytutem własnej siły i zdolności odstraszania. Jak zachowa się USA wobec ewentualnego Bloku Międzymorza? Już to sygnalizowało wielokrotnie – poprze dużo bardziej i dużo szybciej niż obecnie, widząc w tym szansę na długotrwałą stabilizację Europy i realnego sojusznika. Odwrotnie jak obecnie.

    Realna wielka polityka nie zna pojęcia litości, przyjaźni, a niejednokrotnie nawet honoru, co można udowodnić na tylu przykładach, że należy to uznać za normę. Wielokrotnie w historii naigrywano się z naszej naiwności, tłumacząc że polityka to tylko interesy. Patrzmy więc realnie na własne interesy. Wiarygodny sojusznik to taki, któremu opłaca się nam pomóc, a nie nas sprzedać. Bez względu na kwotę.

ch1

Podsumowanie

    Polska, w długofalowej perspektywie, ma realnie do wyboru tylko dwie zasadniczo odmienne drogi – podporządkowania interesom Niemiec lub Rosji – do wyboru, efekt końcowy będzie podobny, albo budowania własnej pozycji w oparciu o regionalny sojusz, możliwie jak najszerszy, ale możliwy do zapoczątkowania nawet w gronie kilku państw.

    Dopóki polski rząd jasno nie wskaże głównego kierunku polskiej polityki zagranicznej i nie dostosuje do niego odpowiednich strategii czy programów, dyskusja o rozwoju sił zbrojnych czy innych elementów odstraszania jest błądzeniem po lesie w poszukiwaniu drzew. Aparat państwa możemy wtedy jedynie eksperymentować, prężyć muskuły i kupować drogie zabawki. Bez żadnej rozsądnej wizji ich wykorzystania. A nam pozostaje oliwić karabin po dziadku.

    Nie będziemy nigdy równoprawnym partnerem dla Niemiec, a już tym bardziej dla Rosji. Możemy być za to nie tylko równoprawnym, ale także wiodącym sojusznikiem bloku Środkowoeuropejskiego. Kluczem jest wybór odpowiednich przywódców. Których? Każdy musi dokonać wyboru sam, zgodnie z własnym rozumem i sumieniem. Mam nadzieję że to wystarczy.

    Jest takie przysłowie – lepiej mieć armię baranów dowodzonych przez lwa, niż armię lwów dowodzoną przez barana. Prywatnie uważam, że stać nas na armię lwów dowodzonych przez lwa. Miewaliśmy już takie. I będziemy potrzebować.

Do zobaczenia przy urnach.

Obyśmy dali radę wybrać mądrze.

Paweł Wasążnik

    To nasze własne zdolności obronne oraz mocne osadzenie w sojuszu lokalnym, łączącym bardzo zbieżne interesy najbliższych sąsiadów, szczególnie w zakresie bezpieczeństwa, powinno być naszym głównym celem.

 

Czytaj więcej:

Polska Zbrojna i Bezpieczna - Koncepcje i kierunki działań

 

 

    

Z Archiwum Związku Strzeleckiego Rzeczypospolitej

Nasze Archiwum Strzeleckie wciąż wzbogaca się o nowe materiały. Tym razem ...
Prezentujemy pierwszy unikalny eksponat z naszego Strzeleckiego Archiwum, który ...
Tym razem mamy dla Państwa perełkę wydaną 20 września 1925 roku w Warszawie. ...
Nasze Archiwum nie próżnuje i z każdym dniem wzbogaca się o nowe materiały ...

Kontakt

 

  • Związek Strzelecki Rzeczypospolitej,
    94-056 Łódź
    ul. Kostki Napierskiego 6 m. 1
  • Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
  • wkrótce